Mąż wręczył mi papiery rozwodowe, gdy wciąż miałam na ręce opaskę szpitalną – taką, która sprawia, że czujesz się bardziej jak numer sprawy niż jak człowiek.
Zostałam przyjęta z powodu powikłań, które zaczęły się od „zwykłych zawrotów głowy”, a przerodziły się w ciche rozmowy lekarzy za zasłoną.
Byłam wyczerpana, przestraszona i z trudem trzymałam się życia w ryzach drżącymi rękami.
Wszedł, uśmiechając się, jakby to było spotkanie biznesowe.
Żadnych kwiatów.
Nie martw się.
Tylko telefon w dłoni i ten zadowolony wyraz twarzy, który przybiera, gdy myśli, że wygrał.
„Złożyłem pozew o rozwód” – oznajmił na tyle głośno, że pielęgniarka podniosła wzrok.
„Wezmę dom i samochód, lol”.
Naprawdę się śmiał.
Potem położył mi na kolanach brązową kopertę.
Jego podpis już tam był.
Zaznaczył miejsce, w którym powinnam się podpisać, jakbym była kolejnym dokumentem do rozpatrzenia.
Przeglądałam strony, a serce waliło mi jak młotem.
Dom.
Samochód.
Konta.
Zaznaczał pola, jakby robił zakupy.