Zbliżała się godzina ósma we wtorek wieczorem, a w rozległym, przeszklonym apartamencie mojej firmy konsultingowej w centrum San Francisco panowała cisza, zakłócana jedynie rytmicznym szumem serwerów. Ja, Amelia Whitman, trzydziestoczteroletnia, zasilana zimnym naparem i czystą adrenaliną, odchyliłam się w moim ergonomicznym fotelu. Byłam kompletnie wyczerpana, właśnie podpisałam sfinalizowane umowy na najbardziej lukratywną fuzję korporacyjną, jaką moja firma zaaranżowała w tym roku.
Pracowałam z nieustępliwym, wyczerpującym skupieniem, aby utrzymać dostatni styl życia, jakim cieszyła się moja „rodzina”. Styl życia, który mój mąż, Anthony, traktował nie jako wspólny przywilej, ale jako niezaprzeczalne, naturalne prawo.