— Vadim… kochanie, nie słuchaj jej…
Podszedłem do komody i wziąłem drugą kopertę.
— Nie powiedziała ci wszystkiego, Vadim. Kiedy detektyw zaczął, zaczął też grzebać w twoim życiu. Na wszelki wypadek. I okazało się, że tam też jest sporo ciekawych rzeczy.
Trzymałem kopertę między dwoma palcami, jakbym ją ważył na wadze.
— Ta pierwsza koperta była dla niej. Żeby zrozumiała, że gra skończona.
Zapadła cisza, gęsta i ciężka. Katja patrzyła na mnie z zwierzęcym strachem. Vadim — ze słabo skrywanym obrzydzeniem i narastającym niepokojem.
— A ta, Vadim, jest dla ciebie. Twoja część historii jest tutaj. Znacznie bardziej szczegółowa.
Z wyciągami bankowymi, z przelewami zagranicznymi.
I z nazwiskami twoich partnerów biznesowych — i tym, jak ich oszukałeś.
Dłoń Vadima zesztywniała. Jego twarz stała się twardą, szarą maskaradą. — Grozisz mi? W moim własnym domu?
— W *moim* domu, Vadim. To mieszkanie, na wypadek gdybyś zapomniał, dostałem od rodziców. A ty po prostu… tu mieszkałeś. Mieszkałeś bardzo wygodnie.
Katia uklękła przede mną, szlochając. Żałosna, załamana.
— Proszę… nie… Oddaję ci wszystko… Odchodzę, nigdy mnie już nie zobaczysz…
Nie patrzyłem na nią. Cały mój świat koncentrował się na mężczyźnie, z którym mieszkałem piętnaście lat — i którego, jak się okazało, w ogóle nie znałem.
— Szantaż nie jest zbyt przyjemny, Leno.
— A zabieranie kochanki do domu, w którym mieszka twoja żona — czy to *to* przyjemne? Czy to zachowanie porządnego człowieka?
Z obrzydzeniem odepchnął Katję, gdy próbowała objąć go za nogi. Nie była już nagrodą, lecz problemem. Kosztowny błąd, który może wszystko zrujnować. — Zamknij gębę — warknął na nią, a potem znowu na mnie spojrzał. W jego spojrzeniu błysnął szacunek drapieżnika dla silniejszego drapieżnika. — Czego chcesz?
— Żeby to nieporozumienie się wyjaśniło. Za pięć minut.
Wadim brutalnie podniósł Katję na nogi i dosłownie wyrzucił ją na klatkę schodową.
— Jutro odbierzesz swoje rzeczy!
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Odetchnął ciężko, opierając się o drewno.
— Teraz porozmawiamy.
Usiadł w swoim ulubionym fotelu. Szef. Nawet teraz starał się nim pozostać.
— Nie wezmę tej koperty, Lena. Jesteśmy dorośli. Rozwiążmy to.
— Niczego nie będę rozwiązywać. Zacznę nowy rozdział. Bez ciebie.
— Rozwodu? Połowy majątku? Zgoda.
— Chcę, żebyś odeszła. Natychmiast. Z jedną walizką. Podpisz, że zrzekasz się wszelkich praw do tego mieszkania i wszystkiego, co się w nim znajduje. W zamian… — Skinęłam głową w stronę czarnej koperty — …to zostaje między nami.
Zapadła cisza. Cisza szachów, w których jedna figura została zamatowana.
— Przemyślałaś to wszystko — powiedział bez cienia emocji.
— Miałem mnóstwo czasu, podczas gdy ty budowałeś nowe życie.
Wstał. Po raz pierwszy tego wieczoru zobaczyłam w nim nie pewnego siebie macho, a po prostu zmęczonego, starego mężczyznę. Cała jego nadęta siła opierała się na mojej słabości. Kiedy ta słabość zniknęła, osunął się na ziemię.
Bez słowa poszedł do sypialni. Słyszałam, jak otwiera szafę, zatrzaski torby. Dziesięć minut później wrócił z małą torbą podróżną. Zatrzymał się w progu.
— Do widzenia, Leno.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam, jak delikatnie zamyka za sobą drzwi. Podeszłam do komody, wzięłam czarną kopertę i wrzuciłam ją do kominka. Nie potrzebowałam już więcej presji. Chciałam tylko, żeby odszedł.
Minęły dwa lata.
Pierwszy rok był rokiem ciszy i powrotu do siebie. Wyrzuciłam wszystkie meble, które kupił Wadim.
Zmieniłam wystrój. Dużo spacerowałam, czytałam książki, które odkładałam latami, odnowiłam kontakty zawodowe, a nawet podjęłam się kilku dużych projektów jako freelancerka.
Odkryłam na nowo kobietę, którą się stałam – silną, niezależną, ceniącą swoją samotność.
A potem w moim życiu pojawiła się Nikita. Prosty, małomówny inżynier, z którym wpadłam do księgarni – oboje sięgnęliśmy jednocześnie po ostatni egzemplarz tomiku wierszy Brodskiego.
Rozmawialiśmy godzinami o literaturze, o życiu, o przeszłości. On samotnie wychowywał syna po nagłej śmierci żony z powodu choroby. Zbliżaliśmy się do siebie, powoli, ostrożnie, jak dwoje ludzi znających cenę straty. W tym samym salonie zapach nie pachniał już drzewem sandałowym, lecz świeżo parzoną kawą i czymś ulotnym i dziecięcym. Na kanapie stała forteca z poduszek.
Drzwi się otworzyły i wszedł Nikita. Niósł torby z zakupami i małego nakręcanego pieska.
— Jegor i ja myśleliśmy, że naszemu garnizonowi brakuje psa stróżującego — uśmiechnął się.
Za jego plecami pojawił się sześcioletni chłopiec.
— Lena, czy on szczeka? — zapytał, wyciągając małe rączki w stronę zabawki.
Przykucnąłem i nakręciłem pieska. Skakał komicznie po parkiecie. Jegor się roześmiał. I