Powinnam była krzyczeć. Powinnam była wyrzucić go za drzwi. Zamiast tego górę wzięło we mnie coś chłodniejszego i ostrzejszego. Bo Ethan popełnił fatalny błąd: uważał, że to tylko on przynosi niespodziankę.
Rzuciłam okiem na zegar. 20:07.
Dokładnie na czas rozległ się dzwonek do drzwi.
Ethan zmarszczył brwi. – Spodziewasz się kogoś?
Tego wieczoru po raz pierwszy spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam bardzo spokojnie: – Właściwie tak. Skoro przyprowadziliście gościa, postanowiłam, że ja też kogoś przyprowadzę.
Uśmiech Madison zniknął. Ethan parsknął krótkim, pogardliwym śmiechem. – Co to za dziecinna zabawa?
Minęłam ich i otworzyłam drzwi.
Mężczyzna stojący na progu był wysoki, szeroki w ramionach, ubrany w granatowy płaszcz i wyglądał jak ktoś, kto już wie, że to źle się skończy. Wszedł do środka i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Madison odwróciła się, zobaczyła go, zbladła, upuściła kieliszek wina na parkiet i krzyknęła:
„Mój mąż…?!”
Dźwięk tłukącego się szkła rozdarł pokój jak wystrzał.
Czerwone wino rozlało się po podłodze nieregularnymi smugami, ale nikt nie ruszył się, by to sprzątnąć. Madison cofnęła się chwiejnym krokiem, a jej drżąca dłoń zakryła usta. Mężczyzna stojący obok mnie, Daniel, wpatrywał się w nią oszołomiony, ale już pewny jednego. Domyślał się czegoś. Teraz już wiedział.
Ethan spojrzał na Madison, Daniela, potem na mnie, a jego twarz stopniowo traciła kolor. – Co to ma, do cholery, znaczyć?
– To – powiedziałam, zamykając za Danielem drzwi wejściowe – jest tą prawdą, której podobno chciałeś.
Głos Madison był słaby i ochrypły. – Daniel, mogę to wyjaśnić.