Rozdział 1: Arytmetyka straty
Dźwięk młotka nie przypomina uderzenia młotkiem o gwóźdź; to raczej trzask łamanej kości w cichym pokoju. Jest ostateczny, kliniczny i pozbawiony potu i krwi włożonych w budowanie życia, które właśnie zniszczył. Siedziałem na twardej drewnianej ławce w budynku sądu numer 9, patrząc, jak dwanaście lat mojego życia jest dzielone niczym tusza w sklepie mięsnym.
Obok mnie siedział mężczyzna, którego ledwo rozpoznałem. Brandon miał na sobie grafitowy garnitur w prążki, który starannie wybrałem na jego pierwszy duży awans sześć lat temu. Wyglądał jak archetyp sukcesu – szeroki w ramionach, z wysoko zadartą brodą, ze wzrokiem utkwionym w horyzoncie, w którym już mnie nie było. Po drugiej stronie przejścia jego wysoko opłacany zespół prawny poprawiał jedwabne krawaty i przekładał grube segregatory z „dowodami”, które dowodziły, że jestem finansowym duchem.