Umowy zostały sfinalizowane. Transfer zarodka zakończył się sukcesem.
Claire była w ciąży.
Po raz pierwszy od lat Ethan i ja poczuliśmy się, jakbyśmy znów byli rodziną. Jakbyśmy w końcu coś razem budowali, po tym jak przez tak długi czas obserwowaliśmy, jak nasze plany się rozpadają.
Na początku odwiedzaliśmy Claire razem. Przywieźliśmy jej witaminy, torebki z jedzeniem, a nawet poduszkę ciążową, którą przez prawie czterdzieści minut wybierałam online.
Claire roześmiała się i machnęła ręką. „Za bardzo mnie rujnują”.
Ale kilka tygodni później Ethan zaczął chodzić sam.
Pewnego popołudnia pocałował mnie w czoło, wziął ode mnie kluczyki i powiedział przez ramię: „Kochanie, Claire powiedziała, że jej witaminy się kończą. Przyniosę trochę”.
„Teraz?” zapytałam.
„To zajmie tylko godzinę”.
Po tym wizyty stały się częstsze: w ciągu dnia, w nocy, nawet w weekendy.
Pewnej soboty, mieszając w kuchence obok obiadu, wbiegł do kuchni i założył kurtkę.
„Kochanie, idę zobaczyć, jak się mają Claire i dziecko”.
„Widziałeś ją zaledwie dwa dni temu” – powiedziałem.
Zaśmiał się lekko, tym śmiechem, który słychać, gdy coś brzmi absurdalnie. Potem wyszła za drzwi, zanim jeszcze odeszła od kuchenki, żeby za nim pójść.
I tak się działo.
Raz złapałem płaszcz i powiedziałem: „Czekaj, pójdę z tobą”.
Ethan zatrzymał się w drzwiach. „To nie jest konieczne”.
To bolało.
Czasami wracałem z błahymi nowinami.
„Ma ochotę na pomarańcze”.
„Boli go plecy”.
„Dziecko dziś kopnęło”.
Te szczegóły były skierowane do mnie, ale zamiast tego czułem się jak ktoś czytający pocztówki z wakacji, na które nie zostałem zaproszony.
ciąg dalszy na następnej stronie