CZĘŚĆ 2: „Powiedział, że to musi wyglądać na wypadek, żeby nikt nigdy nie miał wątpliwości”.
To zdanie eksplodowało w mojej głowie niczym fala uderzeniowa, w jednej chwili zmiatając wahania, wątpliwości i zaprzeczenia, a jakiekolwiek wyjaśnienie, które kiedyś chroniło moje postrzeganie zachowania Dereka, zawaliło się pod nagą pewnością strachu mojej córki.
„Dobrze” – wyszeptałam, a mój głos drżał pomimo wszelkich starań, by zachować spokój. „Wychodzimy natychmiast, a ty trzymaj się bardzo blisko mnie”.
Przemieszczałam się po domu z mechaniczną precyzją zrodzoną z tłumionej paniki, zbierając torebkę, dowody osobiste, gotówkę i plecak Sadie, opierając się paraliżującemu impulsowi rozmyślania o każdej możliwej ewentualności – impulsowi, który groził pochłonięciem cennych sekund.
Sadie krążyła przy drzwiach wejściowych, oddychając płytko i szybko, szepcząc do mnie, żebym się pospieszył, a nagląca potrzeba emanująca z jej drobnej sylwetki popychała mnie naprzód z narastającym przerażeniem, które nieubłaganie ściskało mi pierś.
Sięgnąłem do klamki.
Wtedy w korytarzu rozległ się ostry, metaliczny trzask, wpędzając nas oboje w oszołomioną ciszę, ponieważ zasuwka nad klamką zatrzasnęła się bez ingerencji człowieka, mechaniczna decyzja podjęta zdalnie z przerażającą ostatecznością.
Moje tętno gwałtownie przyspieszyło.
Panel alarmowy przy drzwiach natychmiast się rozświetlił, emitując sekwencję elektronicznych sygnałów dźwiękowych, jednoznacznie kojarzonych ze zdalną aktywacją systemu, a przyćmione światło klawiatury nabrało złowrogiego, a nie ochronnego charakteru.
Głos Sadie drżał, aż przerodził się w szloch.
CZĘŚĆ 3:
Ciąg dalszy na następnej stronie: