Moja matka krzyczała na podjeździe, jakby chciała, żeby całe osiedle Dayton było świadkami mojej egzekucji: „Wynoś się i nigdy nie wracaj!”
Słowa nie tylko wisiały w powietrzu; przecinały przenikliwy lutowy wiatr niczym odłamki. Stałem na popękanym asfalcie, drżąc z zimna w flanelowej kurtce, ściskając tekturowe pudło przepełnione niedopasowanymi naczyniami i torbę podróżną, w której mieścił się cały sens mojego istnienia. Miałem trzydzieści jeden lat. Byłem analitykiem systemowym z planem emerytalnym 401(k). I zostałem wyrzucony jak nastoletni przestępca z domu, który ratowałem, wykrwawiając się na śmierć.