Faza 7 – Nocny Gość: Kiedy pomoc nie pochodzi wyłącznie od ludzi
Nadia wróciła do Zalesia jako odmieniona kobieta: nie szczęśliwa, nie. Ale opanowana. Przyniosła jedzenie, koce i lekarstwa. Dom zdawał się ożywać. Piec już nie dymił – Fiodor naprawił komin. Okna były zakryte filcem.
Tej nocy Nadia obudziła się słysząc ciche skrzypienie. Nie było to straszne; brzmiało, jakby ktoś chodził po pokoju w miękkich filcowych butach. Usiadła na łóżku i nasłuchiwała. Dzieci spały.
I nagle, w półmroku, zobaczyłam Dziadka Prochora siedzącego przy piecu. Tego samego co zawsze. Ciepłego, spokojnego. Jakby zawsze tam był.
„Nie bój się, Pani” – powiedział cicho. „Nie przyszedłem cię straszyć. Przyszedłem ci przypomnieć”.
Nadia przełknęła ślinę.
„Czy to… sen?” »
Prochor uśmiechnął się:
« Sen też jest sposobem. Dostałaś pieniądze? »
« Załatwię to — wyszeptała Nadia. — Zabiorę Wanię na leczenie. Dziękuję… jeśli to twoja zasługa… »
Prochor pokręcił głową:
« Nie z mojego powodu. Z powodu Warwary. Ona kochała ludzi nie słowami, lecz czynami. »
Nadia przycisnęła dłoń do piersi:
« A kim ty jesteś… naprawdę? »
Prochor spojrzał na zegarek, który Nadia trzymała w szafce i powiedział cicho:
« Jestem strażnikiem czasu. Kiedy jest zupełnie ciemno, czasem potrzeba trochę światła. Nie wyrzucaj go. Pieniądze to nie szczęście. Szczęście jest wtedy, gdy serce nie jest złamane. »
« Mamo… — westchnęła Nadia.
Prochor skinął głową:
« Przyjdzie. Z słodkim głosem. Nie ufaj słodyczy. Ufaj czynom. »
Nadia zamrugała oczami – i pokój znów był pusty. Ale zapach świeżo upieczonego chleba unosił się w powietrzu, zupełnie jak wtedy.
REKLAMA