Epilog – „Po co ci w ogóle pięć przyczep?” – matka wyrzuciła wdowę na pustkowie, nieświadoma, że w starym domu czeka na nią spadek i nocny gość.
Miesiąc później Nadia była w stolicy z Wanią. W korytarzu kliniki unosił się zapach środków dezynfekujących i nadziei. Operacja była zaplanowana, a lekarze mówili surowo, ale bez wydawania wyroku śmierci: „Jest duże prawdopodobieństwo, że się nie uda, jeśli nie zaczekasz”. Nadia nie czekała.
W domu w Zalesiu Fiodor i Nina opiekowali się dziećmi, pomagając przy piecu, drewnie na opał i odrabianiu lekcji starszym dzieciom. Ludzie, którzy nic jej nie byli winni, robili dla niej więcej niż jej własna matka.
Galina Pietrowna nadal wywierała presję, groziła i odbierała jej prawo jazdy. Ale kiedy Nadia spokojnie pokazała jej akt notarialny i powiedziała: „Wszystko pójdzie do sądu”, jej matka nagle zamilkła. Kto kocha przemoc, nie kocha prawa.
A nocą, gdy Nadia naprawdę się bała, wyobrażała sobie niekiedy, że znów czuje zapach chleba z pieca. I że gdzieś w pobliżu cicho tyka zegar, ten sam zegar, który kiedyś wskazywał za pięć dwunasta – aż nadszedł czas, by ruszyć w drogę.
Bo spadek nie składał się tylko z monet i papierów.
Spadek polegał na tym, że Nadia w końcu uwierzyła, że jest potrzebna. Nie „z dziećmi”, nie „tak długo, jak jej to odpowiada”, nie „tak długo, jak będzie milczała”.
Była potrzebna – swoim dzieciom. Swoim życiem. I tą samą nadzieją, która, jak się okazuje, potrafi przetrwać nawet najgłębszą zimę.