Jesteś pewien, że nie żyje? Nie ma mowy, żeby przeżył. Beatriz pokręciła głową. Ani trochę. Uderzyłeś go z całych sił. Krwawił. Ledwo oddychał. A kiedy samochód odpalił, nie było mowy, żeby się wydostał, bo gdyby się pojawił, to by nie, przerwała stanowczo. Ricardo nie żyje, a my jesteśmy wolni. Na ekranie widziałem, jak komendant Vega daje znak. To wystarczyło. Oczywiste przyznanie się do winy, czyste, rażące przestępstwo. Chodźmy, powiedział. Teraz twoja kolej.
Przeszedłem przez hotelowe korytarze. Trzech policjantów po cywilnemu szło przede mną. Prokurator Alberto był obok mnie, komendant Vega tuż za mną. Serce waliło mi tak mocno, że czułem, jakby miało zaraz eksplodować. Ręka w gipsie była ciężka. Każdy krok odbijał się echem w cichym korytarzu. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami. Pokój 412. Po drugiej stronie Beatriz i Andrés, przekonani, że są bezpieczni, że dokonali tego, że zbrodnia idealna poszła dobrze, Vega dał znak.
Policjanci zajęli pozycje, z rękami w kaburach, gotowi. „Kiedy zapukam” – wyszeptał – „wejdźcie zaraz za mną. Pozwólcie mi mówić pierwszemu, a potem wy się pojawicie. To będzie najbardziej poruszający moment”. Skinąłem głową. W gardle miałem sucho. Próbowałem przełknąć ślinę. Nie mogłem. Vega zapukał. Trzy mocne puknięcia. „Obsługa pokoju” – powiedział, maskując głos. Cisza po drugiej stronie. Potem kroki. Drzwi lekko się uchyliły. Andrés wyjrzał. Z wyrazem irytacji na twarzy. „Niczego nie zamawialiśmy u…” Nie dokończył zdania.
Vega gwałtownie otworzył drzwi. Wszedł do środka. Policjanci poszli za nim. Ja wszedłem ostatni. Scena na sekundę zamarła. Beatriz stała przy łóżku, trzymając plik banknotów. Andrés wciąż stał przy drzwiach, obaj z wyrazem głębokiego szoku na twarzach. „Policja”. Vega błysnął odznaką. „Niech się nikt nie rusza”. Andrés próbował uciekać. Natychmiast został obezwładniony przez dwóch funkcjonariuszy, powalony na ziemię i w ciągu kilku sekund skuty kajdankami. Beatriz upuściła pieniądze, zakrywając usta dłońmi i szeroko otwierając oczy.
„Co? Co się dzieje? Nic nie zrobiłam. Dlaczego tu jesteś?” „Jesteś aresztowana” – powiedziała spokojnie Vega – „za usiłowanie zabójstwa, oszustwo ubezpieczeniowe, fałszerstwo i pranie brudnych pieniędzy”. „To absurd. Nie możesz tego zrobić. Jestem wdową. Mój mąż zmarł. Zapytaj kogokolwiek. Jest akt zgonu. Wszystko jest udokumentowane”. „Naprawdę?” – powiedział głos. „Mój głos”. Zrobiłam krok naprzód. Zdjęłam czapkę. Zdjęłam okulary przeciwsłoneczne. Beatriz mnie zobaczyła i jej świat się zawalił.
„Nie szepnęła. To niemożliwe. Cześć, Beatriz” – powiedziałem stanowczo, mimo że drżałem w środku. „Zaskoczył cię mój widok?” Zatoczyła się. Usiadła na skraju łóżka, blada jak papier, z oczami utkwionymi we mnie, jakby zobaczyła ducha – i w pewnym sensie tak było. „Ty, ty tu jesteś, ale jak?” „Martwa” – dokończyłem. „Tego właśnie chciałeś, prawda? Żebym umarł na tej drodze, żeby samochód wybuchł ze mną w środku, żebyś ty zachował wszystko – dom, pieniądze, wolność życia z ukochanym.
Nie, Ricardo, nie, nie rozumiesz. Nie rozumiem czego. Mój głos się podniósł. Cała wściekłość, którą tłumiłem, wybuchła. Nie rozumiem, że moja własna żona planowała mnie zabić, że wynajęła ukochanego, żeby mnie pobił, że wrzuciła mnie do samochodu i podpaliła, że potem urządziła fałszywy pogrzeb i udawała, że płacze. To nie był Andrés, to był jego pomysł. Nie chciałam. Kłamca! – krzyknął Andrés z podłogi, skutej kajdankami. To był twój pomysł. Zaplanowałeś każdy szczegół. Ja po prostu go zrealizowałem.
Beatriz spiorunowała go wzrokiem. Zamknij się, idioto. Właśnie wszystko wyznałeś. Vega się uśmiechnęła. I oboje byliście nagrywani, każde słowo, każde wyznanie, łącznie z tym fragmentem, w którym powiedziałeś, że zasłużyłem na śmierć, bo byłem złym mężem. Beatriz ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać, ale nie były to łzy żalu, lecz łzy wściekłości, frustracji, bo przegrała. „Beatriz Morales i Andrés Castillo” – powiedziała formalnie Vega – „jesteście aresztowani. Macie prawo milczeć. Wszystko, co powiecie, może i zostanie wykorzystane przeciwko wam”.
Policjanci podnieśli Andrésa z podłogi. Inny funkcjonariusz skuł Beatriz kajdankami. Nadal płakała i krzyczała. Mówiła, że to niesprawiedliwość, że to ona jest ofiarą, ale nikt jej nie słuchał. Kiedy wynieśli ją z pokoju, przeszła obok mnie. Zatrzymała się. Spojrzała mi w oczy. I po raz pierwszy dostrzegłem w tym spojrzeniu coś prawdziwego. Nienawiść. „Powinieneś był umrzeć” – wyszeptała. „Ale nie umarłam i teraz zapłacisz za wszystko”. Zabrali też Andrésa. Pokój był pusty.
Tylko ja, Vega i prawnik, Alberto. Nogi się pode mną ugięły. Usiadłem na łóżku, oparłem głowę na dłoniach i po raz pierwszy od kilku dni rozpłakałem się, nie ze smutku, ale z ulgi. W końcu się skończyło. Prawnik Alberto położył mi rękę na ramieniu. „Byłeś bardzo odważny, Ricardo, bardzo silny. Teraz sprawiedliwość sama się dokona”. Vega usiadła obok mnie. „Będziemy potrzebować twojego oficjalnego oświadczenia i pełnego badania lekarskiego, aby udokumentować każdy uraz, aby zbudować sprawę”.
Ale z dzisiejszymi dowodami, z nagraniami, z