Kim więc była ta kobieta i skąd znała imię, które starannie trzymałam w szufladzie w moim pokoju – flakonik perfum Emily, którego nigdy nie odważyłam się wyrzucić?
„Tato” – mruknęła Lila, wciąż głaszcząc kobietę po twarzy – „pachnie jak perfumy z twojej szafy. Te, których nikomu innemu nie pozwoliłaś dotknąć”.
Lila nigdy nie widziała flakonu. Nigdy nie otworzyła tej szuflady.
A jednak miała rację.
Głos sprzed ich narodzin.
Nie zmrużyłam oka tej nocy.
Trojaczki trajkotały całą drogę powrotną, rozmawiając o „Babci Margaret”. Opisywały jej płaszcz, siwe włosy, kolor kwiatów przy ławce. Rozmawiały o niebie, chmurach, odbiciu w fontannie.
Każde słowo zdawało się wywoływać rysę w historii, w którą wierzyłam przez cztery lata. „Wiesz, że nic nie widzisz” – powiedziałem cicho z fotela kierowcy, obserwując je w lusterku wstecznym. „Lekarze ci to wyjaśnili”.
„To możliwe, kiedy jest się blisko babci” – powiedziała Maren, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. „Nauczyła nas naprawdę otwierać oczy”.
Po powrocie do domu zadzwoniłem do okulisty, który leczył je od najmłodszych lat. Dr Bennett Ward brzmiał niecierpliwie przez telefon.
„Panie Merrick, u pańskich córek zdiagnozowano nieodwracalną chorobę w wieku dziesięciu dni” – powtórzył. „To normalne, że niewidome dzieci opisują świat za pomocą wyobraźni i innych zmysłów. Proszę im nie dawać fałszywej nadziei”.
Ale to, co widziałem w parku, nie było wytworem mojej wyobraźni.
Później tego wieczoru usłyszałem szepty dochodzące z ich pokoju. Delikatnie otworzyłem drzwi. Wszyscy troje siedzieli, trzymając się za ręce, na łóżku Aubrey.
ciąg dalszy na następnej stronie