Rezydencja Mercerów niczym klejnot w koronie stała na końcu lśniącej, krętej ślepej uliczki w jednym z najpilniej strzeżonych i najbogatszych przedmieść stanu. Hawthorne Lane 18. Był to rozległy, nowoczesny budynek w stylu kolonialnym z nieskazitelnie białej cegły i łupkowego dachu. Kiedy zaparkowałem ciężarówkę, a opony zgrzytały szorstko o starannie wyprofilowany krawężnik, czysty dysonans tej sceny uderzył mnie niczym fizyczny cios.
Ogródek przed domem był obrzydliwie słodką dioramą podmiejskiej perfekcji. Ogromne, pastelowe plastikowe jajka były artystycznie porozrzucane na muśniętej rosą, szmaragdowej trawie. Wesołe, małe, drewniane króliki stały na baczność przy krzewach azalii, a ogromny, profesjonalnie wydrukowany baner rozwieszony na rozległym ganku głosił: „Wesołych Świąt Wielkanocnych”. Z odległości kilku domów niewinny, donośny śmiech dzieci z sąsiedztwa unosił się na rześkim wietrze, mieszając się z bogatym, aromatycznym aromatem szynki w miodzie, wydobywającym się z otwartego okna kuchennego Mercerów.
Wyglądało to dokładnie jak odizolowane, zamożne sanktuarium, w którym nic brzydkiego, gwałtownego ani niestosownego nie mogło się wydarzyć.
Nie zawracałem sobie głowy ścieżką z kamiennych płyt; maszerowałem prosto przez wilgotny trawnik, a moje ciężkie buty miażdżyły fioletowe plastikowe jajko na ostre, poszarpane drzazgi. Zanim moje kostki zdążyły uderzyć w ciężki dębowy front drzwi, mosiężna klamka się obróciła.
Ryan Mercer stał w progu. Miał na sobie elegancką, drogą koszulę oxford, której rękawy swobodnie podwinięte do łokci odsłaniały ciężki, platynowy zegarek z chronografem. Miał idealnie ułożone włosy, ale to jego twarz sprawiła, że metaliczny smak czystej adrenaliny zalał moje gardło. Uśmiechał się – zadowolonym z siebie, leniwym, niesamowicie zirytowanym uśmieszkiem człowieka, którego moje istnienie całkowicie krępowało.
Nad jego prawym ramieniem niczym cień górowała jego matka, Linda Mercer. Była kobietą zbudowaną wyłącznie z ostrych kątów, odziedziczonego bogactwa i zimnej kalkulacji. W wypielęgnowanej dłoni luźno trzymała ciężki kryształowy kieliszek do wina, lustrując mnie wzrokiem.