„TRZYMAJ SWÓJ ZNĘDZONY Z POWODU UBÓSTWA Z DALA OD SKÓRY, MAŁY SZCZURU” – syknął mój szwagier, a jego głos brzmiał jak ostre ostrze w ciszy holu. Nie zdawał sobie sprawy, że to ja płaciłem za każdy centymetr kwadratowy dachu nad jego głową, za samo powietrze, którym oddychał w tych murach, i za jedwabną toaletkę, którą nosił jak zbroję.
To kronika mojej własnej cichej wojny – podróży przez głęboką zdradę, toksyczną zgniliznę klasową we własnej krwi i ostateczną, zimną egzekucję sprawiedliwości. Przez lata byłem cichym filarem, podpalającym się, by ogrzać rodzinę. Nie zdawałem sobie sprawy, że dla nich nie byłem ogniem; byłem jedynie paliwem, przeznaczonym do strawienia, aż pozostanie z niego tylko popiół.