Linia rozłączyła się. Martwy, pusty ton w słuchawce wypełnił ciszę.
KOLACJA W TWIERDZY
Tydzień przed zaplanowaną „upokarzającą” imprezą pojechaliśmy do domu Patricii na obowiązkową niedzielną kolację. Droga była powtarzalną pętlą wypielęgnowanych trawników i identycznych świateł na ganek – podmiejski labirynt, który zawsze sprawiał, że czułam się, jakbym była prowadzona na przesłuchanie.
Założyłam moją ulubioną sukienkę ciążową – głęboki granatowy jersey. Była miękka, elegancka i, co najważniejsze, kupiłam ją za własne, ciężko zarobione pieniądze w bibliotece. Była jedyną rzeczą w mojej szafie, która nadal pozwalała mi czuć się kobietą, a nie tylko naczyniem.
Dom Patricii pachniał cytrynowym woskiem i drogim urazem. Siedząc w jej formalnej jadalni, otoczona kolekcją porcelany „Legacy”, patrzyła na mnie z kliniczną obojętnością naukowca obserwującego wadliwy okaz.