Publicité

„Nie odważyłbyś się zanieść zakupów do matki!” – zażądał. Przestałem nosić zakupy, dżem i sadzonki do jego matki. Dacza mojej teściowej była zarośnięta chwastami.

Publicité

— Co masz na myśli? Mama sama sobie z tym nie poradzi; cały ogród jest zarośnięty stonogami po ulewnym deszczu. A my musimy go podlewać; jest tak gorąco.

„Oleg, sam sobie narzuciłeś warunki. Nie ma ratunku. Wybrałem ciszę i spokój. Ogród mojej mamy jest zarośnięty – cóż, niech tak będzie. Twój też będzie. Sprawiedliwość istnieje”.

Oleg wyszedł sam. Wrócił wściekły w niedzielę. Okazało się, że praca nie poszła dobrze bez metodycznego podejścia Olgi. Walentyna Pietrowna cały dzień instruowała, a z powodu braku wprawy dostał pęcherzy na dłoniach.

Lipiec był upalny. Sadzonki Olgi, których jeszcze nie dostarczono, więdły na jej balkonie. Jej miejskie mieszkanie wydawało się podejrzanie czyste i… puste. Na podłodze nie było sterty warzyw, nie unosił się zapach wysterylizowanych słoików ani octu.

„Mama dzwoniła” – powiedział Oleg szorstko kilka tygodni później. „Płacze. Mówi, że pomidory czernieją; zaraza ziemniaczana je dotknęła. Powinniśmy je opryskać, ale nie wie, czym. Ola, nie bądź taka uparta. Jedźmy jutro, wtedy jej pomożesz.”

„Nie jestem uparta, Oleg. Po prostu stosuję się do twoich instrukcji. Tak bardzo martwiłeś się o budżet, prawda? Słuchaj, powinieneś się cieszyć – tyle zaoszczędziliśmy na benzynie. A pomidory… cóż, kupimy je w sklepie zimą, te plastikowe.”

Pod koniec sierpnia dacza Walentyny Pietrowna stała się smutnym widokiem. Wysokie pokrzywy i komosa ryżowa dumnie wznosiły się nad krzakami porzeczek, których w tym roku nie zebrano – jagody po prostu ugrzęzły w chwastach. Teściowa, przyzwyczajona do wydawania poleceń, odkryła, że ​​jej „instrukcje” nie miały żadnego wpływu na chwasty. Kulminacja nastąpiła w środę, kiedy telefon Olega dzwonił dosłownie bez przerwy. Tego wieczoru wrócił do domu wyjątkowo cicho.

„Olciu, mama prosiła, żebym ci powiedział…” Zawahał się, szukając odpowiednich słów. „Właściwie powiedziała: »Oddaj Olcię, bez niej jestem zgubiony«. Nawet jej ziemniaki gniją w ziemi, bo nie ma kto ich pielęgnować. Mówi, że sama zaniesie warzywa twojej mamie, jeśli tylko wrócisz”.

Olga spojrzała na niego i uniosła brew.

— Sam poprowadzisz? To postęp. Dobrze, jedziemy w sobotę. Wtedy zobaczymy, co ci zostało z „zasobów”.

Kiedy dotarli na działkę, czekali na Walentynę Pietrownę przy bramie. Wyglądała na przygnębioną. Ogród wyglądał jak pole bitwy: powalone słupy, poczerniałe ogórki i chwasty wysokie jak człowiek. „Olenko, najdroższa, wejdź do środka” – nalegała teściowa. „Postawiłam samowar na werandzie. Musimy chwilę porozmawiać”.

Olga weszła do domu, spodziewając się zwykłych narzekań i próśb o natychmiastowe wzięcie motyki. Ale na werandzie czekała na nią niespodzianka. Jej własna matka siedziała przy stole, cicho popijając herbatę z eleganckiej filiżanki.

Olga stała jak wryta i patrzyła to na jedną, to na drugą kobietę.

– Mamo? Co ty tu robisz?

Publicité