Publicité

Nigdy nie powiedziałam kochance mojego męża, że ​​jestem anonimową twórczynią programu telewizyjnego, który przyniósł jej sławę. Zażądała, żeby mnie wyrzucono z planu, bo „wyglądałam jak fanka”. Powiedziała ekipie, że jej chłopak (mój mąż) jest właścicielem studia. Uśmiechnęłam się i wpisałam jedno zdanie do scenariusza finałowego odcinka. Podczas transmisji na żywo otworzyła pudełko z rekwizytami – tylko po to, by zamiast scenariusza znaleźć w nim swój prawdziwy nakaz eksmisji i moje papiery rozwodowe. „Cięcie!” – krzyknęłam. „Twoja postać właśnie umarła – i twoja kariera też”.

Publicité

Nikt nie wiedział o nocnych sesjach pisania w naszym pogrążonym w ciemności domowym biurze. Nikt nie wiedział o mocno zaszyfrowanych e-mailach przesyłanych przez serwery proxy do zarządu sieci ani o ogromnych, astronomicznych kwotach tantiem po cichu gromadzonych na zagranicznych kontach. Dla świata twórca „Świateł wielkiego miasta” był samotniczą, błyskotliwą zagadką znaną tylko jako S.L. Knight.

„Zejdźcie z drogi! Uważajcie na sukienkę!”

Ostry, piskliwy głos przebił się przez gwar ekipy. Tiffany Blair, rozkwitająca główna aktorka serialu, minęła mnie. Zostawiła za sobą duszący ślad agresywnych, kwiatowych perfum i czystego, uzbrojonego poczucia wyższości. Była piękna, w surowy, sztuczny sposób, otulona szkarłatną jedwabną suknią przeznaczoną na zbliżającą się transmisję na żywo.

Gwałtownie się zatrzymała, jej szpilka zaczepiła się o kawałek taśmy klejącej. Podniosła wzrok, jej idealnie wygięte brwi złączyły się, gdy jej wzrok spoczął na mnie. Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, a jej usta wykrzywiły się w nieomylnym szyderstwie.

„Kto pozwolił tej pomocy zostać na planie podczas prób technicznych?” – zapytała Tiffany, zwracając się do pierwszego asystenta reżysera, młodego mężczyzny, który natychmiast zaczął się pocić. „Serio? Wygląda jak fanka-stalkerka, która weszła tu z ulicy. Zabierz ją mi z oczu, zanim stracę motywację. Nie mogę pracować, gdy cywile oddychają moim powietrzem”.

Zimny, ciężki kamień ścisnął mi żołądek. Spojrzałam za Tiffany, szukając oparcia. Mark wyszedł zza monitorów kamer. Miał na sobie szyty na miarę włoski garnitur, wyglądał jak prawdziwy hollywoodzki król. Podszedł do nas, ale zamiast bronić swojej żony od dwunastu lat, wyciągnął rękę i położył płasko na talii Tiffany, odzianej w jedwab. Był to gest zbyt długi i zbyt potoczny, by można go było nazwać profesjonalnym.

„Przepraszam, Tiff” – mruknął Mark, a jego głos ociekał wyćwiczonym miodem. „Zajmę się tym”. Odwrócił się do mnie, jego oczy były puste, pozbawione ciepła, które kiedyś rezerwował tylko dla mnie. „Sarah, kochanie, może poczekaj w samochodzie? Albo kup kawę po drugiej stronie ulicy? Rozpraszasz aktorkę. Musimy się przygotować do występu na żywo”.

Wpatrywałam się w dłoń spoczywającą na talii aktorki. Talent. Przełknęłam ostry, metaliczny smak upokorzenia, który zaschło mi w gardle. Skinęłam głową, krótko i posłusznie, i mocniej ścisnęłam notes.

Odwracając się i idąc w stronę ciężkich, dźwiękoszczelnych drzwi wyjściowych, minęłam stoisko z artykułami rzemieślniczymi. Odblokowany telefon Marka leżał obok tacy z nietkniętymi owocami. Ekran nagle się rozświetlił. Na szybie pojawił się baner z powiadomieniem. To była wiadomość od Tiffany.

„Nie mogę się doczekać dzisiejszego finału na żywo. Kiedy w końcu powiesz tej swojej „fance”, że jutro wprowadzamy się do penthouse’u?”

Oddech uleciał mi z płuc, jakbym została uderzona. Zatrzymałam się, a neonowy znak wyjścia cicho zabrzęczał nad moją głową. Penthouse. Wielomilionowy loft w centrum miasta, który potajemnie upoważniłam do zakupu przez moją spółkę holdingową zaledwie w zeszłym miesiącu, zakładając, że Mark chce go wykorzystać jako inwestycję.

Zanim zdążyłam w pełni zrozumieć powagę zdrady, za mną rozległy się ostre kroki. Tiffany podążyła za mną aż do granicy planu zdjęciowego, a Mark podążał tuż za nią niczym posłuszny cień. Jeszcze nie skończyła.

„Posłuchaj mnie uważnie” – warknęła Tiffany, wskazując wypielęgnowanym, akrylowym palcem ponad moim ramieniem na producenta wykonawczego serialu, który nerwowo krążył w pobliżu. „Mój chłopak – Mark Sterling – jest właścicielem całego tego studia. Jeśli ta nijaka kobieta nie zostanie do końca godziny wyrzucona z tego miejsca, to idę sobie stąd. Mówię serio. Nie pozwolę, żeby psuła mi atmosferę. A przecież doskonale wiesz, że finał na żywo nie może się odbyć beze mnie”.

Powoli się odwróciłam. Spojrzałam na Marka. Stał tuż za nią, kiwając głową n

Publicité