Powietrze w Soundstage 4 zawsze miało delikatny posmak ozonu, przepalonej kawy i desperacji. Dla większości rozległy hollywoodzki teren był fabryką marzeń, miejscem, gdzie światło gwiazd powstawało pod wiszącymi kratownicami ciężkich żarówek wolframowych. Dla mnie był to mój salon. Znałam każdy ślad po taśmie na podłodze, każdy porysowany kabel, każdy zacieniony kąt planu „Świateł wielkiego miasta”, aktualnie królującego serialu telewizyjnego.
Stałam cicho za kulisami, otulona w za duży, owsiany kardigan i wyblakłe dżinsy. Moje palce ciasno zaciskały się na sfatygowanym, oprawionym w skórę notesie. Wewnątrz tych zniszczonych stron żyła dusza serialu – dialogi, wątki postaci, puls narracji, która urzekała dziesięć milionów widzów w każdą niedzielę wieczorem. Ale dla dziesiątek członków ekipy, którzy przemykali obok mnie, byłam po prostu Sarą. Cichą, wspierającą żoną. Potulna osoba towarzysząca, mieszkająca na stałe w cieniu mojego męża, Marka Sterlinga, cenionego kierownika studia, który kroczył po planie, jakby ściany zbudował gołymi rękami.