„Więc, Rachel, kochanie” – zamruczała z idealnie pustym uśmiechem. „Kiedy dokładnie możemy spodziewać się radosnej nowiny?”
Zaśmiałam się wyćwiczonym, uprzejmym śmiechem. „Po prostu rozkoszujemy się nowożeńcami, Glorio. Na pewno zaczniemy próbować, kiedy nadejdzie odpowiedni moment”.
Jej uśmiech nie zgasł, ale jej spojrzenie stało się wyraźnie chłodniejsze. „Oczywiście. Po prostu… ojciec Daniela powitał na świecie swoje pierworodne dziecko w wieku dwudziestu sześciu lat. Mężczyźni w tym rodowodzie mają głęboką potrzebę ugruntowania swojej pozycji w młodym wieku”.
Przełknęłam nagły ucisk w gardle i pozwoliłam, by komentarz wyparował w wilgotnym powietrzu. Ale to był dopiero początek. Wkrótce grzeczne pytania przerodziły się w nieustanny, duszący rytm. Działo się tak podczas każdego świątecznego spotkania, każdego obowiązkowego niedzielnego obiadu, nawet podczas przypadkowych telefonów w środku tygodnia, kiedy Daniel nagle wpychał mi słuchawkę w pierś, z twarzą ściągniętą paniką, bezgłośnie mówiąc: „Proszę, tylko się nią zajmij”.
Gloria zaczęła agresywnie opowiadać historie o nowym wnuku każdej znajomej. Mason zaczął wygłaszać ciężkie monologi o „ciągłości dynastycznej” i „wzmacnianiu tego, co zbudowała rodzina”.