Zawsze myślałam, że najtrudniejszą rzeczą w byciu „dodatkowym” dzieckiem było to, jak bardzo stałam się niewidzialna.
Podczas kolacji uwaga rodziców zawsze błądziła wokół mnie i skupiała się na Raven – ich dumie, ich gwieździe, kapitance szkolnej drużyny, o której tak dumnie pisali. To o mnie zapominano po treningu, o mnie, która nauczyła się klaskać cicho, żeby nikt nie zauważył, że klaszczę sama.
Nigdy im nie powiedziałam nic o pieniądzach babci Margaret.
Nie dlatego, że ukrywałam je z chciwości, ale dlatego, że widziałam, co się stało ostatnim razem, gdy próbowała mi pomóc. Kiedy zaproponowała, że opłaci wycieczkę szkolną, mama nazwała to „niewłaściwą akcją charytatywną”. Ojciec roześmiał się i zasugerował, żeby babcia zamiast tego wsparła Raven. Potem babcia kontaktowała się ze mną tylko prywatnie.
Potem w domu wybuchł pożar.
Były syreny, dym, upał, Raven krzyczała. Pamiętam, jak tata najpierw ją wyciągnął. Pamiętam, jak próbowałam za nim iść, a korytarz zniknął w ciemności.
Kiedy się obudziłem, wszystko było czyste i mechaniczne. Nie mogłem się ruszyć. Przede mną oddychał respirator. Po drugiej stronie zasłony Raven leżała na innym łóżku OIOM-u, blada i nieruchoma.