Słowa uderzyły mnie w skórę niczym rozbite szkło, zimne i ostre, gdy stałem pośrodku holu hotelu Grand Opulence. Miałem na sobie dopasowany granatowy garnitur – rodzaj zbroi, którą zakłada się na ważne posiedzenie zarządu, a nie na rodzinną uroczystość. Ale ta „uroczystość” właśnie przerodziła się w egzekucję.
„Wyprowadźcie stąd tego żebraka” – powiedział mój ojciec, a jego głos brzmiał z wyćwiczoną stanowczością, zapewniając, że dźwięk dotrze do każdego ciekawskiego gościa i umundurowanego pracownika w promieniu pięćdziesięciu stóp.