Powietrze na podwórku pachniało płynem do podpałek, przypalonym mięsem i mdłą, syntetyczną słodyczą tanich perfum mojej bratowej. Był Czwarty Lipca, dzień dumy narodowej, a ja czułam się jak jeniec wojenny w domu własnego brata.
Nazywam się Evelyn Vance. Dla sąsiadów tłoczących się na patio, trzymających czerwone kubki z kawą i śmiejących się zbyt głośno, byłam po prostu „siostrą Marka”. Smutną, bezrobotną samotną matką, która wprowadziła się do pokoju gościnnego trzy miesiące temu. Kobietą, która nosiła poplamione koszulki i wzdrygała się na głośne dźwięki. Hańbą.