„To nie twoja wina” – wyszeptałam.
„Wrócę tam. Rozwalę ten pokój. Każę mu przeprosić na kolanach” – przysiągł Quinn, a w jego głosie słychać było wściekłość, którą rzadko widywałam.
„Nie” – odsunęłam się, sięgając, by założyć mu za ucho niesforny kosmyk ciemnych włosów. „Koniec z przepraszaniem za jego zachowanie. Koniec z tłumieniem jego okrucieństwa. Powiedział dokładnie to, co myślał przez ostatnie dwanaście miesięcy. Przynajmniej teraz maski zniknęły”.
„Zafiro, proszę… proszę, nie pozwól, by jego ignorancja nas zrujnowała”.
Pochyliłam się i pocałowałam go w czoło, czując smak potu na skórze. „Nie może zniszczyć tego, co prawdziwe, Quinn. Wracaj do środka. Zadzwonię jutro, dobrze?”
Skinął głową, a niechęć przepełniała każdy mięsień jego ciała. Wślizgnęłam się na fotel kierowcy, odpaliłam cichy silnik i odjechałam z posiadłości Harringtonów. W lusterku wstecznym rozległa rezydencja stawała się coraz mniejsza, a jej wspaniałe zewnętrzne światła migotały niczym konstelacja gwiazd, do których rzekomo nie mogłem dotrzeć z powodu niskiego urodzenia.
Mój telefon wściekle wibrował w uchwycie na kubek, zanim jeszcze opony dotknęły asfaltu autostrady. Zerknąłem na ekran. Dzwoniła matka Quinna, prawdopodobnie próbująca gorączkowo załagodzić sytuację, przerażona konsekwencjami społecznymi. Pozwoliłem mu zadzwonić. Miałem do wykonania o wiele ważniejsze telefony. Telefony, które miały przesunąć płyty tektoniczne świata finansów.
Włączając się na pas szybkiego ruchu, nacisnąłem przycisk sterowania głosowego na kierownicy. „Zadzwoń do Danielle”.
Kliknięcie linii