Cena rodowodu
Rozdział 1: Pozłacana gilotyna
Wino Bordeaux z rocznika płynęło w moich żyłach niczym płynny ogień. Siedziałam zupełnie nieruchomo przy rozległym mahoniowym stole w jadalni, obserwując usta Williama Harringtona poruszające się w bolesnym, zwolnionym tempie. Moje paznokcie wbijały się mocno, piekąc niczym półksiężyce w dłonie pod stołem, gdy wystawny pokój wokół mnie rozmywał się w akwarelę kryształowych żyrandoli i niezręcznej ciszy. Jego głos, dochodzący zza stołu, był jednocześnie stłumiony szumem krwi w moich uszach i boleśnie, chirurgicznie czysty.
„Mój syn zasługuje na znacznie więcej niż kogoś wyciągniętego z rynsztoka” – oznajmił William zebranym. Nie spojrzał na mnie. Spojrzał na swoich kolegów z klubu wiejskiego, pochlebczych wspólników i głęboko sparaliżowaną rodzinę. „Gościmy uliczne śmieci ubrane w pożyczoną sukienkę, udając, że ma jakiekolwiek prawo do przynależności do naszego świata”.
Dwadzieścia trzy pary oczu obróciły się unisono, przeskakując między Williamem a mną. Wstrzymywali oddech, czekając, czy ta absolutnie nikomu nieznana osoba, umawiająca się z księciem, odważy się podnieść głos na króla.
Poczułam ciężki, szaleńczy łomot własnego serca w gardle. Spojrzałam na talerz nietkniętego, drastycznie przecenionego dzikiego łososia. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Zamiast tego ostrożnie podniosłam lnianą serwetkę – kwadratowy kawałek materiału, który prawdopodobnie kosztował więcej niż miesięczny czynsz za moje pierwsze, opanowane przez karaluchy mieszkanie – i złożyłam go w nieskazitelny, precyzyjny prostokąt. Położyłam go delikatnie obok srebrnych sztućców.
„Dziękuję za kolację, panie Harrington” – powiedziałam spokojnym głosem, nie zdradzającym palącego bólu w piersi. Odsunęłam krzesło i powoli wstałam. „I dziękuję ci szczerze, że w końcu jesteś szczera co do tego, jak mnie postrzegasz”.
„Zafiro, nie”.
Desperacki szept dobiegł z mojej lewej strony. Quinn chwycił mnie za nadgarstek, mocno i drżąco. Spojrzałam w jego przerażone, piękne oczy. Delikatnie ścisnęłam jego palce, w milczeniu przepraszając, a potem wypuściłam dłoń z jego uścisku.
„W porządku, kochanie” – powiedziałam cicho, upewniając się, że cała sala usłyszała absolutny spokój w moim głosie. „Twój ojciec ma całkowitą rację. Powinnam znać swoje miejsce”.
Uśmieszek, który pojawił się na zniszczonej, arystokratycznej twarzy Williama, był majstersztykiem poczucia wyższości. Był to wyraz twarzy wart zapamiętania – samozadowolony triumf miliardera-patriarchy, który głęboko wierzył w swoje zwycięstwo. Myślał, że skutecznie zastraszył ambitną małą uliczną szczurzycę, odciągając ją od swojego cennego spadkobiercy.
Gdyby tylko miał choćby cień przerażającego pojęcia.
Wyszłam z tej jadalni z kręgosłupem wykutym ze stali. Przemknęłam obok oryginalnego Moneta wiszącego w słabo oświetlonym korytarzu, obok umundurowanego personelu cateringowego, który nerwowo odwracał wzrok, i obok lśniącego srebrnego Bentleya na okrągłym podjeździe – pojazdu, o którym William głośno wspominał podczas przystawek, który kosztował więcej niż moja pensja w ciągu najbliższych pięciu lat.
Otwierałam drzwi mojej rozsądnej, pięcioletniej Toyoty Corolli, gdy usłyszałam gorączkowy chrzęst żwiru.
Quinn dogonił mnie, zdyszany. Światło padające z ganku rezydencji oświetliło łzy spływające swobodnie po jego policzkach. „Bardzo mi przykro, Zafiro” – wyjąkał, unosząc się ciężko. „Nie miałem pojęcia, że tak cię zaatakuje. Przysięgam na Boga”.
Odwróciłam się i przyciągnęłam go do siebie. Wtuliłam twarz w jego szyję, wdychając znajomy, kojący zapach jego wody kolońskiej o zapachu bergamotki zmieszanej z gorzką solą jego łez.