Część 1: Kamuflaż pokory
Wielka Sala Balowa hotelu Plaza hiperwentylowała od bogactwa. Powietrze było gęste od zapachu pięciu tysięcy importowanych białych róż z Ekwadoru, wilgoci podnieconego oddechu i metalicznego posmaku ambicji. Była to katedra wzniesiona ku czci boga Statusu, a dziś moja rodzina była jej arcykapłanami.
Stałam przy wejściu, wygładzając tkaninę mojej sukienki. Była to granatowa sukienka w kształcie litery A, porządna, z wysokim kołnierzem, kupiona prosto z wieszaka w Macy’s trzy lata temu. Była to sukienka zaprojektowana tak, by zniknąć. W tym pomieszczeniu, gdzie suknie kosztowały więcej niż średniej wielkości sedany, a blask diamentów dorównywał żyrandolom nad głowami, byłam niczym plama węgla drzewnego na złotym płótnie.