Część 1: Kamuflaż przeciętności
Wiosenny wiatr smagał kwitnące derenie posiadłości Blackwood, zrywając białe płatki i rozrzucając je po idealnie przystrzyżonym trawniku niczym biodegradowalne konfetti. To była piękna posiadłość – pięć akrów, rezydencja w stylu kolonialnym i garaż na trzy samochody, w którym obecnie mieściła się kolekcja narzędzi, plamy oleju i ja.
Siedziałem pod maską mojego Forda F-150 z 2004 roku, ciężarówki, która widziała więcej pól bitewnych niż większość żołnierzy, choć dla każdego, kto na nią patrzył, to była po prostu zardzewiała walizka. Zaciskałem pasek klinowy, dłonie miałem umazane smarem, ubrany w wyblakłą szarą bluzę z kapturem z dziurą na łokciu.