Z gardła wyrwało mi się coś pomiędzy szeptem a przekleństwem.
– Coście zrobili?
– Niczego nie zrobiliśmy – powiedziała komisarz Bednar. – To pański syn uszył te misie dla schroniska „Przystań”, prawda?
Przez chwilę po prostu patrzyłem na skrzynię, jakbym widział w niej ciała. Te misie nie były zabawkami. Były ostatnim miękkim śladem po moim bracie, po człowieku, którego nazwisko przez osiem lat wymawiano na tym mieście półgłosem, najczęściej z dopiskiem: ten brudny glina.
– Tak – odpowiedziałem w końcu. – Uszył je. Wczoraj je zawiózł. Co jest w tej kapsule?
Zanim komisarz zdążyła odpowiedzieć, usłyszałem kroki na schodach.
Olek zszedł boso, z włosami sterczącymi na wszystkie strony i różowymi dredami związanymi byle jak gumką. Miał na sobie rozciągnięty T-shirt i stare dresy, a na twarzy ten specyficzny wyraz półsnu, który zniknął w sekundę, kiedy zobaczył policję i skrzynię.
Zatrzymał się na ostatnim stopniu.
– Co… co się dzieje?
Jego wzrok padł na misie. Potem na rozpruty bok jednego z nich. Potem na woreczek z kapsułą.
Zbladł tak szybko, jak bledną tylko dzieci, które za wcześnie nauczyły się kojarzyć mundur z nieszczęściem.
– Olek – odezwałem się cicho. – Zejdź tutaj.
Nie ruszył się.
– Zrobiłem coś źle? – spytał.
W tym pytaniu było tyle dawnego strachu, że aż mnie ścisnęło w gardle.
Bo mój syn – choć nie dałem mu życia, tylko podpisałem papiery dwa lata po śmierci jego matki – od dawna żył w przekonaniu, że wszystko, co dotyczy jego zmarłego ojca, może obrócić się przeciwko niemu. Gdy miał osiem lat, Robert zginął podczas akcji w starym magazynie pod Radomiem. Ofic