Moje życie, jakie znałam, nie skończyło się krzykiem; zaczęło się od jęku. Był to słaby, przerywany dźwięk, który przeciął duszącą ciszę domu moich rodziców o szóstej rano – ciszę tak ciężką, że wydawała się mniej spokojem, a bardziej wstrzymanym oddechem.
Obudziłam się siedząc prosto, ze sztywną szyją, wciąż mając na sobie wełniany sweter z poprzedniego dnia. Spędziłam noc pochylona nad laptopem, goniąc za migoczącym widmem zbliżającego się terminu, desperacko próbując zarobić wystarczająco dużo, żeby w końcu wykupić się z tej „gościnności”. Zegar na stoliku nocnym mrugał jaskrawą czerwienią, wskazując godzinę 6:03, kpiąc z mojego wyczerpania.