Tego ranka Piąta Aleja wyglądała, jakby zima nadała jej nieskazitelny połysk. Niebo miało kolor brudnej perły, a wiatr wirował między budynkami, jakby dokładnie wiedział, gdzie moja skóra jest odsłonięta. Znalazł lukę przy kołnierzu. Wślizgnął się pod rąbek kurtki. Łzy napłynęły mi do oczu, zanim jeszcze dotarłam do obrotowych drzwi naszego biurowca.
Powiedziałam sobie, że powinnam była założyć grubsze skarpetki. Obiecałam sobie, że zamówię lepszy płaszcz, jak tylko dostanę premię. Powtarzałam sobie wiele małych, praktycznych rzeczy – takich, które powtarzasz sobie, gdy próbujesz udawać, że nie jesteś już zmęczona.
Za szklanymi drzwiami, tuż po prawej stronie, gdzie marmurowa ściana stykała się z betonem, siedziała kobieta, mocno wtulona w kamień. Jakby budynek mógł dać jej trochę zgromadzonego ciepła. Jakby oparcie się o coś solidnego mogło ją uchronić przed oderwaniem od świata przez zimno.
Była opatulona w cienki sweter, który wyglądał, jakby był prany o jedno za dużo. Nie miała płaszcza. Bez rękawiczek. Jej dłonie były schowane pod pachami, ale wciąż lekko drżały – ledwo słyszalny dreszcz, który sprawił, że podskoczyłem. Chodnik wokół niej był wilgotny i szary, pokryty piaskiem, a ludzie chodzili wokół niej jak woda wokół kamienia. Szybkie, wyćwiczone objazdy, bez kontaktu wzrokowego.
Widziałem ją już wcześniej. A może widziałem już kogoś podobnego do niej. W mieście takim jak nasze, te historie zlewają się w jedno, jeśli się na to pozwoli.
Zacisnąłem mocniej szalik, sięgnąłem do kieszeni i szedłem dalej, już przygotowując uprzejmy wyraz twarzy na takie chwile. Skinięcie głową. Dolarowy banknot. Szybki, zażenowany uśmiech.
Moje palce musnęły kłaczki. Paragon. Papierek po gumie do żucia.
Nic.
„Masz może trochę drobnych?” – zapytała.