Siedział już tam, kiedy zaczynała się moja zmiana.
Ten sam przystanek. Ta sama ławka. Ta sama postawa. I ta sama wyblakła kurtka wojskowa z naszytą plakietką z napisem „Harland”.
Obserwowałem go miesiącami podczas mojej popołudniowej trasy. Nigdy się nie odzywał. Nigdy nie wsiadał. Po prostu siedział w milczeniu przy każdym przyjeżdżającym i odjeżdżającym autobusie, jakby czekał na coś, czego nikt inny nie mógł zobaczyć.
Pewnego popołudnia na drodze panowała cisza. Podjechałem podjazdem, otworzyłem drzwi i zamiast czekać za kierownicą, wysiadłem.
„Znasz tę trasę lepiej niż ja” – powiedziałem nonszalancko. „Myślałeś kiedyś, żeby nią pojechać?”
Nie uśmiechnął się. Wpatrywał się w żwir, a potem spojrzał na mnie – oczy miał przytłoczone zmęczeniem, którego żaden odpoczynek nie mógł ukoić.
„Powiedziałem mu, że tu będę” – powiedział.
„Kto?” – zapytałem.
Poklepał fotel obok siebie. Usiadłem. Z jego płaszcza wyciągnął kruchy, pożółkły bilet autobusowy z datą 1986.
„Mój synu” – powiedział cicho. „Kiedy pierwszy raz jechał sam autobusem, powiedziałem mu: »Jeśli kiedykolwiek się przestraszysz, wróć na ten przystanek. Zaczekam na ciebie«”.
Ścisnęło mnie w piersi.
„Nigdy nie wrócił” – mruknął Harland. „Ale obietnicy się nie łamie”.
Nie wiedziałem, co powiedzieć.
Kiedy wstałem, żeby wyjść, spojrzał na mnie i powiedział jedno słowo – słowo, które wciąż rozbrzmiewa mi w głowie.
„Jutro”.
Odwróciłem się.
Miejsce było puste.