Kwiaty pogrzebowe były wciąż świeże, ich mdły, słodki zapach wciąż unosił się w powietrzu niczym paskudne wspomnienie, kiedy postanowiły mnie zniszczyć.
Siedziałam w skórzanym fotelu Floyda w jego domowym gabinecie, tym samym, na którym spędził niezliczone wieczory, przeglądając dokumenty biznesowe i planując naszą wspólną przyszłość. Skóra była wygładzona przez lata jego dłoni w tej samej pozycji, a ja znajdowałam rozpaczliwą, namacalną ulgę w tej znajomej fakturze. Dwadzieścia dwa lata małżeństwa, a teraz musiałam udawać, że dwaj mężczyźni stojący przede mną mieli jakiekolwiek prawo decydować o moim losie.
Sydney, najstarszy syn Floyda, nosił śmierć ojca jak drogi garnitur – idealnie skrojony na jego korzyść. W wieku czterdziestu pięciu lat wciąż miał tę samą imponującą prezencję co kiedyś Floyd, ale ani krzty ciepła. Jego stalowoszare oczy patrzyły na mnie zimno i wyrachowanie, jak biznesmen oceniający podupadającą firmę. „Colleen” – powiedział tym protekcjonalnym tonem, którego przez lata znienawidziłem. „Musimy omówić kilka praktycznych spraw”.
Edwin, o trzy lata młodszy, ale wyglądający starzej z przedwcześnie przerzedzonymi włosami i delikatną linią szczęki, stał obok brata niczym lojalny porucznik. Podczas gdy Sydney miała ostre krawędzie i wyrachowane ruchy, Edwin był bierną agresją owiniętą w fałszywą troskę.
„Wiemy, że to trudne” – dodał Edwin, a w jego głosie słychać było sztuczne współczucie. „Nagła strata taty… to trudne dla nas wszystkich”.