— Ion? Co ty robisz?
Marta przybiegła szybko z pięknie spakowaną torbą. Jej twarz zbladła, gdy zobaczyła, jak strażnik chwyta jej męża za ramię.
— Co tu się dzieje?
Radu warknął, nie udzielając żadnych wyjaśnień.
„Proszę pani, proszę się nie wtrącać. Pani męża trzeba wyprowadzić”.
— Eskortować?! Ion?! Mój mąż muchy by nie skrzywdził!
Ale zanim Marta zdążyła cokolwiek powiedzieć, z tłumu rozległ się donośny głos:
— Puśćcie go natychmiast!
Strażnicy się odwrócili. Z kantyny na piętrze pospiesznie zszedł imponujący mężczyzna w nowoczesnym mundurze wojskowym. Na ramieniu miał charakterystyczne insygnia, a jego zachowanie mówiło samo za siebie: autorytet, szacunek, doświadczenie.
To był syn Iona, pułkownik Gabriel Popescu.
„Tata mówił, że trzeba trzymać ręce na widoku, bo inaczej na niego nakrzyczysz!” – wykrzyknął.
Radu przełknął ślinę. Sorin odłożył słuchawkę.
— Proszę pana… my… my nie wiedzieliśmy…
„Oczywiście, że nie wiedziałeś, bo nie pytałeś” – przerwał Gabriel. „Uznałeś, że starszy mężczyzna w skromnym ubraniu nie powinien przebywać w drogich sklepach. Uznałeś, że wizerunek jest ważniejszy od ludzi”.
Tłum pomrukiwał z aprobatą.
Gabriel podszedł do ojca i ostrożnie uniósł rękę, którą strażnik uścisnął.
— Czy wszystko w porządku, ojcze?
„W porządku, synu” – powiedział cicho Ion. „Zawsze ci powtarzałem, że przede wszystkim musisz słuchać ludzi”.
Gabriel spojrzał na strażników lodowatym wzrokiem.
„Porozmawiam z kierownictwem centrum handlowego. I zapewniam cię, że nie będziesz zadowolony z tego, co się stanie”. Potraktowałeś weterana jak przestępcę.
Radu próbował otworzyć usta.