Sztywny, wysoki kołnierz bluzki wbijał mi się w szyję, znajomy, uziemiający ucisk. Stałam przed dużym lustrem w sali inscenizacyjnej, moje dłonie poruszały się z wprawą i rytmiczną precyzją po mosiężnych guzikach mojego granatowego munduru. Materiał był nieskazitelny, a zagniecenia tak ostre, że aż krwawiły. Byłam w dwudziestym szóstym tygodniu ciąży, a subtelne wygięcie mojego brzucha pod skrojoną wełną stanowiło ciężkie, piękne przypomnienie mojej podwójnej egzystencji. Byłam obrończynią narodu i dawczynią życia. Mocne kopnięcie uderzyło mnie w żebra. Przyłożyłam dłoń do tego miejsca, biorąc powolny, uspokajający oddech, który pachniał lekko pastą do mosiądzu i krochmaloną bawełną.
Byliśmy w Bazie Korpusu Piechoty Morskiej Quantico w Wirginii, w samym sercu tradycji wojskowej. Za tymi murami, pod ogromnymi, sklepionymi sufitami głównej sali, zbierali się wysocy rangą oficerowie i dygnitarze. Byli tu dla mnie. Dziś miałam zostać odznaczona tytułem sierżanta sztabowego.