Mój umysł był jak sala tortur, w której przewijały się tysiące przerażających scenariuszy. Czy pozwolili mu się włóczyć w pobliżu basenu? Czy znalazł toksyczną substancję pozostawioną niezabezpieczoną pod zlewem? Jak upadek w ogrodzie mógł wysłać dziecko na OIOM?
Modliłam się. Targowałam się z bóstwem, które mnie słuchało. Niech weźmie mnie zamiast mnie. Niech po prostu oddycha, kiedy wyląduję.
Ale kiedy samolot w końcu wylądował i dokładnie o 6:00 rano przebiegłem przez przesuwane szklane drzwi szpitala St. Vincent, rzeczywistość, która czekała na mnie w sterylnych, oświetlonych jarzeniówkami korytarzach, była nieskończenie mroczniejsza i nieskończenie bardziej złowroga niż jakikolwiek wypadek, jaki mój spanikowany umysł wyobraził sobie podczas tego lotu.
2. Dowody potworów
Pobiegłem w kierunku oddziału pediatrycznego, z unoszącą się wysoko piersią i dzikimi, zdesperowanymi oczami.
Tuż za ciężkimi, podwójnymi drzwiami oddziału intensywnej terapii stali dwaj mężczyźni. Jeden z nich miał na sobie biały fartuch laboratoryjny nałożony na zielony uniform, trzymając grubą kartę medyczną.