Lucía wzruszyła ramionami.
„Tak właśnie robią narcyzi, kiedy przegrywają: krzyczą, grożą, zmyślają. Ale dzisiaj wystąpimy o nakaz ochrony, żebym nie mogła cię nękać. I poinformujemy administrację budynku, że jesteś jedynym właścicielem z prawem dostępu”.
Jakby wszechświat chciał to potwierdzić, mój telefon znowu zawibrował: kolejny nieznany numer. Odebrałam tylko dlatego, że Lucía siedziała obok mnie.
„Jestem prawniczką Dario. Musimy pilnie porozmawiać. Doszło do nieporozumienia”.
Lucía gorzko się zaśmiała.
„To nie nieporozumienie. To konsekwencja”.
Wyszłyśmy z jego biura z jasnym planem: złożyć formalną skargę, zażądać zwrotu penthouse'u i uzyskać nakaz sądowy przeciwko Dario, który uniemożliwi mu sprzedaż lub wynajem. Tymczasem Dario wciąż dzwonił.
Około południa ktoś przysłał mi zdjęcie: Dario stał przy wejściu do penthouse'u, kłócąc się z portierem. Twarz miał czerwoną, szczękę napiętą. Portier wskazywał na tabliczkę: „Wstęp wzbroniony z rozkazu właściciela”.
Spojrzałem na zdjęcie i po raz pierwszy poczułem coś na kształt sprawiedliwości: nie satysfakcję z upokorzenia go, ale ulgę, że nie może już używać mojego domu jako broni.
Tego popołudnia Lucía powiedziała coś, co utkwiło mi w pamięci:
„Myślał, że cię złamał. Ale ty tylko czekałeś na odpowiedni moment, żeby cię puścić”.
Próba Dario, by odzyskać kontrolę, była tak przewidywalna, że aż żałosna. Z innego numeru napisał mi: „Damy sobie radę. Oddam ci klucze i będzie po wszystkim”. Jakby klucze były jego. Jakby „rozwiązanie problemu” oznaczało powrót do gry.
Lucía zajęła się wszystkim. Nie wróciłbym do penthouse'u sam. W dniu przekazania przyjechaliśmy z notariuszem, ślusarzem i zarządcą budynku. Nie po to, żeby siać panikę, ale z czystej ostrożności. W Sewilli nowe budynki mają kamery, portierów i wścibskich sąsiadów. Tym razem wszystko zadziałało na moją korzyść.
Kiedy dotarliśmy, Dario stał na schodach w drogiej bluzie i wyglądał, jakby właśnie się zdrzemnął. Obok niego stał starszy mężczyzna w garniturze i krawacie – jego prawnik, Alonso Rivas – blady i wściekły.
„Maro, to jest znęcanie się” – zaczął Alonso. „Podpisałeś…”
Lucía przerwała mu, podając mu otwartą teczkę.
„Dobrze wiesz, co podpisał twój klient” – powiedziała. „I wiesz, że podpisał to pod przymusem. Mamy nagrania audio, wiadomości i zeznania. Jeśli będziesz nalegać, złożymy skargę o groźby i przymus”.
Dario roześmiał się, ale jego śmiech był wymuszony.
„Przymus? Mówiłem jej tylko prawdę” – warknął. „Jest słaba. Podpisała, bo chciała”.
Miałem ochotę się kłócić. Wyjaśnić. Ale przypomniałem sobie, co powiedziała mi Lucía: w konflikcie z kimś takim jak ona, każde słowo jest jak dolewanie oliwy do ognia.
Notariusz poprosił o dokumenty. Ślusarz czekał. Urzędnik wpatrywał się w podłogę.
Dario pochylił się za bardzo.
„Jeśli mi to odbierzesz, przysięgam, pożałujesz” – wyszeptał.
Lucía stanęła między nami.
„Ani słowa więcej” – powiedziała lodowatym głosem.