Faza 1: Rondel na środku stołu i cisza głośniejsza niż tost.
…Chwyciłem duży rondel i wniosłem go do pokoju. Postawiłem go tuż przed Nikołajem, na środku stołu.
Rozmowa na chwilę urwała się. W pokoju unosił się zapach wody kolońskiej, tytoniu i kapeluszy innych osób piętrzących się na korytarzu. Nikołaj promieniał – koszulę miał naciągniętą na brzuch, twarz zarumienioną z niecierpliwości, wzrok błądził po gościach: spójrzcie na mnie, jestem prawdziwym mistrzem w swoim fachu.
„Wow!” zachichotał ktoś z garażu. „Nikołaju, widzę, że masz tu wielki garnek pilawu?”
Zdjąłem pokrywkę.
W środku była czysta gryka. Bez masła. Bez mięsa. Na wierzchu leżały dwa jajka na twardo, pokrojone na ćwiartki. Dokładnie tyle samo, ile miałem w „prawym rogu” lodówki.
Chwilę później cisza stała się niezręczna. Nie „wszyscy milczą z szacunku”, ale „wszyscy milczą, bo nie wiedzą, gdzie patrzeć”.
Nikołaj zamrugał oczami, jakby ktoś pokazywał mu coś, co nie należało do niego.
„Wiero… co się dzieje?” syknął, a jego uśmiech zniknął. „Co, na litość boską…?”
Postawiłam obok talerz z paluszkami krabowymi, pokrojonymi w cienkie plasterki, i surówką coleslaw – bez majonezu, tylko z solą.
„Proszę” – powiedziałam spokojnie. „Uczta. Ode mnie. Tak jak prosiłaś. Przecież „sam się nakarmię”.
Ktoś zakaszlał. Ktoś udawał, że pilnie nalewa wódkę. Szef Nikołaja – korpulentny mężczyzna z krótkimi włosami i ciężkim spojrzeniem – powoli położył widelec na serwetce.
Spojrzał na mnie, potem na Nikołaja. I zapytał cicho, niemal bez emocji:
— Czy to… żart?
„Nie, naprawdę nie” – powiedział Nikołaj z wymuszonym uśmiechem. „Tylko… przez dietę. Po prostu jest w modzie…”
Nie sprzeciwiałem się. Spojrzałem tylko na jego lewą półkę w lodówce – zamyślony. Gdzie leżały wędzone żeberka, ser i kiełbasa. Gdzie zatrzasnął drzwi, kiedy wypowiedział mi wojnę o jedzenie.
Szef znów przeniósł wzrok na rondel.
I powiedział powoli:
– Chyba idę.