W pokoju przesłuchań siedziała mała na metalowym krześle, kręcąc palcami rąbek swetra.
„Nazywam się Elena Markham” – powiedziała w końcu. „Nic z tego nie rozumiem. Kiedy mój syn zachorował, przyszedł mężczyzna. Powiedział, że mogę „zarobić” na warzywach. „Tylko siedź tu” – powiedział. „Nie sprzedawaj ich nikomu innemu. Tylko tym, którzy wiedzą”. Gdybym odmówiła, zabrałby nam pokój, który wynajmujemy, i nasze długi. Znał nasz adres. Wiedział wszystko”.
„Jak się nazywasz?” – zapytał Ruiz.
„Mówią na niego pan Mercer” – wyszeptała. „Ale to nie mój wujek, nie mój przyjaciel”.
„Jak często?” – naciskał delikatnie Jake.
„Dwa razy w tygodniu. Chowają różne rzeczy w moich pomidorach w zaułku. Nigdy nie pytałam. Bałam się. Powiedzieli, że jeśli ktoś zapyta, mam mówić, że tylko sprzedaję. Obserwują mnie z drugiej strony ulicy”.
Jake przełknął ślinę. Dziwne, krzyżowe linie na jej dłoniach – dłonie ogrodnika – były starsze niż jej strach. Została wybrana, bo wydawała się niewidzialna.
Współczucie, a potem plan
czytaj dalej na następnej stronie