Jake obrócił pomidora w dłoni. Wyglądał idealnie – zbyt idealnie. Był lekki, nie tak przyjemnie ciężki jak owoc dojrzały w słońcu. W świetle migotało delikatne pęknięcie wzdłuż szypułki. Nacisnął delikatnie i usłyszał ciche trzaski, jak plastik o plastik.
Wyraz jego twarzy się zmienił. „Sierżancie”.
Ruiz wszedł. Jake odsunął szypułkę. Pod zieloną nakrętką znajdowała się ściśle przylegająca, półprzezroczysta łupina – czysta nakrętka na czymś, co nie było miąższem pomidora. Ujął owoc w dłoń i pokazał Ruizowi szew spojrzeniem, które mówiło wszystko: nie chodziło już o warzywa.
„Aresztujcie ją” – powiedział Ruiz beznamiętnym głosem, wykonując rozkazy. „Natychmiast”.
„Nie jestem przestępcą”.
Kaneczki zatrzeszczały; ramiona kobiety opadły.
„Proszę” – wyszeptała – „nie jestem przestępcą. Nie jestem…”
„Proszę pani” – powiedział Jake spokojnie, ale nie złośliwie – „musimy się upewnić, że zawartość tych pojemników nikomu nie zaszkodzi”.
Na komisariacie przeszukanie przeprowadzono skrupulatnie i zgodnie z procedurą. Jeden pomidor, potem drugi, otworzyły się wzdłuż nienaturalnych szwów. Wewnątrz: cienkie torebki i koperty – nie proszki ani tabletki, ale stosy kart przedpłaconych, etui na karty SIM, podrobionych dokumentów i maleńkich urządzeń do skanowania. Nie stoisko. Przesyłka kurierska.
To nie była „skarb biedoty”. To była przykrywka.
Historia stoiska
czytaj dalej na następnej stronie