Wibracje mojego telefonu na marmurowym blacie brzmiały jak odgłos małego, rozwścieczonego owada. Był czwartkowy poranek, taki szary, z ciężkim niebem na wybrzeżu Oregonu, gdzie ocean wygląda jak kuta cyna. Powietrze w mojej kuchni pachniało solą morską i świeżym woskiem pszczelim, którym właśnie natarłem orzechową wyspę.
Nie musiałem patrzeć na ekran, żeby wiedzieć, kto to, ale i tak spojrzałem.