Powiedziałaś to.
Zapomniałaś, że to powiedziałaś, ale teraz wspomnienie powraca z bezlitosną precyzją: zapach środka dezynfekującego, usta spierzchnięte od odwodnienia, pielęgniarka o życzliwych oczach, która ze wszystkich sił stara się nie okazać ci litości. Twoja matka udająca, że nie płacze przy oknie. I ty, otępiały od środków przeciwbólowych i żalu, mówiący jak ktoś na własnym pogrzebie.
„Kiedy mówiłaś w szkole” – mówi Obinna – „twój głos trochę się zmienił z powodu obrażeń i czasu, ale miał rytm. Pewną ostrożność. Wiedziałam o tym”.
Chcesz oskarżyć go o rzeczy niemożliwe. O kradzież. O zbezczeszczenie cmentarza twojego dawnego ja. Zamiast tego zadajesz mu najohydniejsze pytanie, bo to ono już rozdziera cię wewnętrznie.
„A kiedy mnie rozpoznałeś… poczułeś obrzydzenie?”
Jego twarz zmienia się tak nagle, że aż zapiera dech w piersiach.
„NIE”.
To słowo jest ostre, natychmiastowe, obraźliwe.
„Czy było ci mnie żal?”
„NIE”.
„Czy milczałaś, bo byłaś ciekawa, co zrobiłaby traumatologiczna kobieta, gdyby myślała, że jest bezpieczna z niewidomym mężczyzną?”
Teraz powoli wstaje, jakby podchodził do przestraszonego zwierzęcia.
„Milczałem”, mówi, „bo kiedy pierwszy raz się ze mną śmiałaś, czułem, że zapomniałaś się bronić. Wiedziałem, że jeśli powiem twoje stare imię, tak szybko znów się bronisz, że nigdy więcej nie usłyszę tego dźwięku”.
Łzy pieką cię w oczach, zanim jeszcze na to pozwolisz.
W tym tkwi problem z nim. Nawet jego najgorsze prawdy przychodzą pod maską czułości.
To jest ta część, której nienawidzisz najbardziej.
„Nie miałaś prawa”, szepczesz.
„Wiem.