Rozdział 1: Gala Widmo
Mam na imię Onyx. Mam trzydzieści jeden lat i pewnego deszczowego piątkowego wieczoru w październiku fundamentalna rzeczywistość mojego rodu pękła bezpowrotnie. Stałem na nierównym bruku przed zabytkową, odsłoniętą ceglaną salą bankietową w sercu Hoboken w stanie New Jersey. Mroźny, nadmorski deszcz nieustannie przesiąkał przez ramiona mojego szytego na miarę, granatowego jedwabnego garnituru. Przycisnąłem dłonie płasko do wysokich, sięgających od podłogi do sufitu szklanych okien, wpatrując się w przepastną pustkę. Nie było żadnych kompozycji kwiatowych. Nie było krzątających się dostawców cateringowych rozkładających srebrne podgrzewacze. Nie było kwartetu smyczkowego strojącego swoje instrumenty. I, co najbardziej druzgocące, nie było absolutnie żadnego śladu mojej rodziny.
Miażdżąca, upokarzająca rzeczywistość ich celowego okrucieństwa nie nadeszła z krzykiem; osiadła mi w piersi niczym bryła ołowiu.