Wiadomość, napisana przez moją ciocię Carol – niekwestionowaną, jadowitą matriarchę nieustannego plotkarskiego młyna naszej rodziny – brzmiała jaskrawoniebieskim tekstem:
Nie podawaj jej nowego adresu. Jest w Nowej Zelandii tak długo, że będzie próbowała zrobić z całego dnia tylko swój „wielki powrót”. Spędźmy jeden dzień tylko dla siebie. Będzie się tylko chwalić swoim „wielkim nowozelandzkim życiem” i luksusowymi interesami, a my będziemy wyglądać jak małomiasteczkowi nieudacznicy. Zachowajmy intymność, Leo zasługuje na uwagę.
Pod tym oszałamiającym przejawem niepewności, moja matka odpowiedziała prostym, pokrzepiającym uśmiechem: