Wiele lat wcześniej była Alią, młodą nauczycielką, kochającą dzieci i malarstwo. Jej codzienność była skromna, lecz szczęśliwa… aż do tamtej nocy, która zmieniła wszystko.
Był ciepły czerwcowy wieczór. Alia właśnie kończyła akwarelę przedstawiającą krzew bzu, gdy do mieszkania wdarł się zapach dymu. Początkowo pomyślała, że to sąsiad gotuje, lecz wkrótce usłyszała krzyki.
Z klatki schodowej dobiegały przerażone głosy, panika mieszała się z gęstym dymem. Płonął budynek naprzeciwko, w którym mieszkał chłopiec o imieniu Lesza z rodzicami.
Bez chwili wahania Alia chwyciła skrzynkę z narzędziami ojca i wyważyła drzwi. Płomienie lizały ściany, powietrze było duszące. Znalazła Leszę i jego matkę — ledwo przytomnych. Najpierw wyniosła dziecko, kaszląc i tracąc wzrok od dymu, przekazując je strażakom przez okno.
Potem opadła z sił. Uratowano ją w ostatniej chwili.
Lesza przeżył. Jego matka zginęła. Wkrótce potem zniknął także ojciec chłopca.
Alia spędziła miesiące w szpitalu. Oparzenia na plecach, ramionach i dłoniach bolały, ale największy ból przyniosła cisza. Niedługo po pożarze zmarła jej matka — ze złamanego serca.