Marmur w holu Domu Thompsona tchnął ciszą muzeum, chłodny i nieskazitelny pod żyrandolami, które rozsiewały światło niczym łagodne brawa. Portrety w złoconych ramach spoglądały bez osądu; wypolerowane balustrady lśniły; służba dnia poruszała się w bezgłośnej choreografii ludzi wyszkolonych w nie pozostawianiu po sobie echa. W tym domu cisza była częścią krajobrazu.
Ethan Thompson leżał na marmurowej posadzce, drobny i milczący, z ciemnymi włosami rozrzuconymi niczym opadły liść. Jego skóra była chłodna w popołudniowym słońcu wpadającym przez wysokie okna. Przez dziesięć lat żył w ciszy, którą wszyscy uważali za jego los – nieobecności spowitej raportami medycznymi, kosztownymi konsultacjami i cierpliwą, powściągliwą litością. Nigdy nie zaznał faktury dźwięku: chrapliwego głosu gardła, turkotu śmiechu, nagłego grzmotu. Nigdy nie powiedział nic na głos.