W budynku sądu miejskiego w Oakhaven w stanie Ohio unosił się zapach taniego, przemysłowego wosku do podłóg i specyficzna, dusząca cisza, jaka panuje w pomieszczeniach, w których ludzkie życie jest fundamentalnie niszczone bez ich zgody.
Był wtorkowy poranek pod koniec maja. Siedziałem przy stole oskarżonych, ubrany w szytą na miarę granatową marynarkę, którą kupiłem specjalnie na tę okazję. Był to strój, który nadawał mi elegancki, niegroźny wygląd miejscowego profesjonalisty, a nie kogoś, kto spędził ostatnie osiem lat, ucząc się, jak utrzymać ludzi przy życiu w miejscach, których większość Amerykanów nigdy nie zobaczy na mapie.