Początkowo było to coś subtelnego – mdły, przesadnie słodki zapach, mieszający się ze zwyczajową wilgocią panującą w spiżarni; coś, co łatwo można by wziąć za zapomnianą kapustę gnijącą w kącie albo martwą mysz pod deskami podłogi. Lecz z upływem godzin woń ta dojrzewała, stając się gęsta, ciężka i agresywna. Był to nieomylny odór rozkładającego się ciała – kadaweryna przesączająca się przez mikroskopijne pory desek i zaprawy murarskiej, przełamująca fizyczne bariery, by wtargnąć do świata żywych.
Doña Carmen, kucharka, jako pierwsza zaczęła narzekać, marszcząc nos za każdym razem, gdy zbliżała się do korytarza służbowego. – Coś tu na dole zdechło, dziewczyno – mruczała, siekając cebulę, której ostre opary ledwie zdołały zamaskować ten głęboko tkwiący fetor. – To z pewnością te cholerne szczury. Musiały zjeść truciznę i pozdychać wewnątrz ścian. Co za obrzydliwość! Będziemy musiały wezwać murarza, żeby rozkuł ściany i to wyczyścił. – Już sama wzmianka o rozkuwaniu ściany sprawiła, że serce Maríi zamarło.
Wyrzuciła z siebie odmowę z taką szybkością, że jej reakcja wydała się niemal histeryczna. – Nie, Doña Carmen, ja się tym zajmę. Pan Arturo zabrania wstępu osobom z zewnątrz do części gospodarczej. – (Przypomniała sobie chwilę, gdy postanowiła ukraść nieco wina). – Rozsypię trochę wapna i octu; zapach zniknie. – I tak rozpoczęła się nowa rutyna Maríi – chemiczna wojna z rozkładem. Wydawała swoje skromne zarobki na butelki octu przemysłowego, worki suszonej lawendy i słoiki amoniaku, spryskując korytarz, szafkę i podłogę z maniakalną obsesją – tworząc olfaktoryczną kakofonię, od której łzawiły oczy, a która ledwie zdołała trzymać prawdę na dystans.
Lecz choć zapach można było zamaskować, istniał jeden szczegół, o którym po prostu nie potrafiła się zdobyć na wzmiankę. Sombra – angielski pointer Artura. Zwierzę to przeobraziło się w widmową zjawę, która nawiedzała kuchnię dniem i nocą. Przestał jeść. Jego sierść, niegdyś lśniąca, zmatowiała, a żebra wyraźnie odcinały się pod skórą. Spędzał całe godziny, siedząc pod drzwiami wiodącymi na korytarz służbowy, z nosem przyciśniętym do szczeliny u dołu, skomląc wysokim, nieustannym dźwiękiem, który działał Maríi na nerwy.
Pies nie szczekał w furii; on płakał. Płakał z pewnością, że jego ukochany tam jest — tuż po drugiej stronie — w wymiarze, do którego on sam nie miał dostępu. Czasami María znajdowała go, jak drapał kamienne płyty podłogowe w pobliżu spiżarni; jego pazury zostawiały w kamieniu białe rysy, a łapy krwawiły od daremnych prób przekopania się przez same fundamenty domu. Gdy María próbowała go odciągnąć, pies warczał i szczerzył na nią zęby — a jego przekrwione oczy wpatrywały się w jej oczy z oskarżycielską inteligencją.
Sombra wiedział. Pies wiedział, co ona robiła w samotności kuchni podczas tamtych nocy. María zaczęła odnosić wrażenie, że zwierzę nie jest zwykłym domowym pupilem, lecz raczej duchem Artura, który odrodził się w zwierzęcej postaci — czuwając i wyczekując chwili, by rzucić się jej do gardła. Ta psychiczna presja zaczęła kruszyć umysł Maríi. Sen stał się odległym wspomnieniem. Noce spędzała, siedząc w łóżku z szeroko otwartymi w ciemności oczami, wsłuchując się w trzaski i jęki starego domu — aż w końcu zaczęły się halucynacje... a może wcale nie były to halucynacje.
Czasami, w głębokiej ciszy wczesnych godzin porannych — około trzeciej — przysięgłaby, że słyszy pukanie. Nie te ciężkie, gwałtowne uderzenia z *tamtej* nocy, lecz rytmiczne, delikatne stukanie — niemal pieszczotliwe. *Stuk, stuk, stuk.* Dochodziło z dołu — z samych głębin domu. Jej racjonalny umysł krzyczał, że to niemożliwe — że Artur nie żyje od wielu dni, że brak powietrza odebrał mu życie już wiele godzin wcześniej. Lecz to mój własny umysł jest najbardziej przekonującym narratorem logiki. A co, jeśli zapadł w stan kataleptyczny? A co, jeśli powietrze przesączyło się tam z jakiejś nieznanej szarości?
A co, jeśli on naprawdę tam był — w absolutnej ciemności — drapiąc w ścianę połamanymi paznokciami i szepcząc jej imię? „Mario, Mario, jestem spragniony”. Głos ten odbijał się echem w jej głowie, zlewając się z szumem wiatru, aż w końcu nie potrafiła już odróżnić, czy dźwięk ten dobiega z zewnątrz, czy też rozbrzmiewa wewnątrz jej własnej czaszki. Pewnego późnego wieczoru sytuacja osiągnęła punkt krytyczny. Inspektor Alarcón powrócił do domu – tym razem nie po to, by prowadzić przesłuchanie, lecz by pocieszyć wdowę. Choć nikt nie ośmielał się jeszcze użyć tego słowa.
Pili herbatę w głównym salonie, położonym bezpośrednio nad piwnicą. Był to deszczowy dzień, a niskie ciśnienie atmosferyczne sprawiało, że zapachy unosiły się w górę – przez rury oraz szczeliny w deskach podłogi. Maria, drżącymi rękami rozlewając herbatę, zauważyła, że inspektor nagle zastyga w bezruchu, z filiżanką w połowie drogi do ust. Alarcón zmarszczył brwi, dyskretnie wciągając powietrze nosem. Doña Elvira – której nos był zatkany od nieustannego płaczu – nie zauważyła absolutnie niczego. Lecz policjant – przesiąknięty atmosferą miejsc zbrodni – rozpoznał ów mdło-słodki niuans unoszący się w powietrzu salonu.
– Czy pani tego nie czuje? – zapytał, wpatrując się w podłogę – w perski dywan. – Znowu te rury. Maria poczuła, jak świat chwieje się pod jej stopami. Gdyby tylko Alarcón postanowił to sprawdzić…