Widelec nie trafił mnie tylko w ramię.
Uderzył z ostrym, ostrym bólem w cienką kość nad kołnierzykiem – tak mocno, że cała górna część ciała zadrżała, tak mocno, że skóra przez chwilę mrowiła, jakby nie mogła się zdecydować między siniakiem a oparzeniem. Widelec odbił się ode mnie, zakręcił raz w powietrzu jak rzucona moneta, a potem z cichym, wilgotnym głuchym odgłosem wylądował w moim puree ziemniaczanym. Plama sosu rozprysła się na białym obrusie, tworząc nierówny łuk, który przez chwilę wyglądał absurdalnie, jak dzieło sztuki nowoczesnej zatytułowane „Upokorzenie”.
Przez ułamek sekundy nie mogłem się ruszyć.
Nie dlatego, że byłem sparaliżowany, ale dlatego, że moje ciało wiedziało szybciej niż mózg, że stało się coś strasznego. Coś, co będzie miało konsekwencje, cokolwiek bym zrobił.
Stół był długi – z mahoniu, wypolerowany tak, że światło żyrandola odbijało się od niego ciepłymi, zadowolonymi z siebie smugami. Sam żyrandol był cały z kryształu i emanował pewnością siebie – to rodzaj wyposażenia, które ludzie kupują, gdy chcą, by ich dom emanował: „Zrobiliśmy to”. Pokój emanował tym starannie wykreowanym ciepłem, które tak kochają bogaci: świece pachnące „zimowymi przyprawami”, starannie złożone serwetki, szklanki, które cicho brzęczały, gdy ktoś stawiał drinka.
Przy stole siedziało czternaście osób.
Moja matka siedziała na samym końcu stołu, jak zawsze w centrum uwagi, wyprostowana i donośnym głosem. Wujek Robert siedział obok niej, już zarumieniony i hałaśliwy, po trzech kieliszkach whisky i dumny z tego. Moja kuzynka Jennifer odchyliła się na krześle z leniwą nudą kogoś, kto nigdy nie musiał robić niczego pilnego. Kilka przyjaciółek mojej mamy – oficjalnie zaproszonych, bo mama uważała, że w ten sposób towarzystwo będzie wyglądało na „pełne” – siedziało pośrodku i grzecznie kiwało głowami na każdą opowiadaną historię.
A na czele stołu, naprzeciwko mamy, siedziała Jessica. Moja siostra.