Skierowała się w stronę domu. Był to piękny, dwupiętrowy dom w stylu kolonialnym, który kupiła czterdzieści lat temu wraz ze swoim zmarłym mężem, Arthurem. To tam wychowali Kevina, obchodzili Boże Narodzenie i gdzie Artur zmarł sześć miesięcy temu.
Martha szła ścieżką, nogi drżały jej z wyczerpania. Wyjęła klucz z torebki i włożyła go do zamka. Nie dało się go przekręcić. Zmarszczyła brwi i spróbowała nim poruszyć. Nic. Cofnęła się o krok i przyjrzała mosiężnym okuciom. Były nowe. Lśniące, bez rys i zupełnie obce jej kluczowi.
W jej wnętrzu narastało zmieszanie, ale natychmiast ustąpiło miejsca mrożącemu krew w żyłach strachowi. I wtedy to zobaczyła. Zamki. Do ciężkich dębowych drzwi przyklejona była kartka papieru biurowego. Rogi łopotały na wietrze. Wiadomość była wydrukowana pogrubionymi, agresywnymi, wielkimi literami:
NIE PUKAJ. TO TERAZ MÓJ DOM. MÓJ OJCIEC MI GO ZOSTAWIŁ. NIE MA TU MIEJSCA DLA PASOŻYTÓW. ZNAJDŹ SOBIE DOM OPIEKI. — KEVIN
Okrucieństwo tych słów uderzyło Marthę mocniej niż zawał serca. „Pasożyt”. To słowo rozbrzmiewało w jej głowie. Nosiła go pod swoimi skrzydłami. Opłaciła mu studia. Opiekowała się nim w czasie gorączki i rozczarowań. A teraz, na progu domu, który zbudowała, nazywali ją pasożytem.