Rozdział 1: Stos śmieci
Nierówny kruszywo podjazdu raniło moje nagie kolana, gdy ślepo walczyłem o utrzymanie równowagi. Lipcowe słońce było brutalnym, promieniującym ciężarem w kark, a jednocześnie lokalny, przerażający mróz całkowicie opanował moje narządy wewnętrzne. Duszący uścisk zrogowaciałej dłoni mojego ojca zacisnął się na moim lewym nadgarstku niczym imadło, gwałtownie hamując mój pęd, zanim zdążyłem stanąć na nogi.
„Nigdy więcej nie przeszkadzaj samochodowi swojej siostry” – warknął, a jad w jego głosie niemal wibrował w moich kościach. Szarpnął mnie za ramię, ciągnąc mnie kolejny metr agonii po rozpalonym asfalcie, jakbym był zepsutym urządzeniem, które wywoził na krawężnik.