Cisza w domu następnego ranka miała ciężką, nienaturalną gęstość. O świcie wpełzałem po schodach do piwnicy, deski podłogowe jęczały pod moim ostrożnym ciężarem. Kuchnia była nieskazitelna. Podjazd, widoczny przez okno wykuszowe, był zupełnie pusty.
Do lodówki ze stali nierdzewnej przymocowany był ozdobnym magnesem podarty kawałek papieru z zeszytu. Na stronie widniał ostry, kanciasty charakter pisma mojego ojca.
Wycieczka z Leną. Wyjazd na tydzień. Nie dotykać termostatu ani nie niszczyć mienia.
Stałem na środku kuchni, wpatrując się w notatkę. Teoretycznie miałem siedem dni na zorganizowanie ewakuacji. Ale do jakiej współrzędnej? Na moim koncie czekowym widniało żałosne, kpiące saldo dziewięćdziesięciu trzech dolarów. Moja skrzynka odbiorcza była cmentarzyskiem nieodesłanych podań o pracę. Gorączkowo wykręciłem numer jedynego przyjaciela, jakiego miałem w mieście, ale połączenie natychmiast przekierowało mnie na jałową pocztę głosową. Podczas ostatniej wizyty matka agresywnie wypytywała ją o dochody rodziców, upokarzając ją tak bardzo, że odeszła z płaczem. Nie winiłem jej za to.